Tum tum, tum tum! ~♫
Mam pewną dziwną serię w ostatnich latach, że gry, które kończyłem na początku roku, okazywały się potem najlepszymi w danym roku dla mnie. Na ten rok miałem już w założeniach dwa tytuły, które mogłyby wskoczyć w ten „najlepszy” pociąg, ale pojawił się nowy pasażer, a raczej pasażerka. Mowa będzie o MIO: Memories in Orbit. Gra, na którą nie szykowałem się, spojrzałem przy okazji premiery na ładne screenshoty i w opis gatunku — metroidvania — i pomyślałem, że spróbuję. I zaskoczyła mnie ta gra bardzo pozytywnie. Zapraszam więc do przeczytania podsumowania z mojej przygody z Mio.
MIO: Memories in Orbit jest to metroidvania, w której jako robotka Mio przemierzamy ogromny statek kosmiczny. Pisząc statek kosmiczny nie należy jednak spodziewać się sterylnych korytarzy. Pojazd bowiem funkcjonuje jakby był swoistym światem — znajdują się w nim ogrody z rosnącym drzewostanem, sektory zamrożone, fabryczne czy też metropolia. Podobnie jak ze statkiem, pisząc metropolia, nie należy spodziewać się ludzi, bowiem statek jest zamieszkiwany przez roboty i inne, autonomiczne maszyny. Całość jest utrzymywana przez nietypowe istoty zwane Perłami, z których najważniejsze z nich noszą nazwy z ludzkiej anatomii (np. Kręgosłup, Serce, Krew, Oddech). Tyle powinno wystarczyć jako opis fabuły, ponieważ MIO jest grą, gdzie dużą radość czerpie się z samego odkrywania i łączenia wątków. Mogę natomiast napisać, że jak to bywa na początku tego typu gier, wydarzyło się coś niedobrego, co zaburzyło porządek. Serce statku słabnie, co powoduje że jego robo-mieszkańcy również słabną. Część z nich stała się agresywna. Wszystko wkrótce padnie i naszym zadaniem jako Mio jest temu zapobiec.
Jako metroidvania gra jest trudna. Na początku gry nie ma mapy (a jak już jest, to aktualizuje się tylko przy save pointach). Poza punktami zapisu nie możemy się leczyć. Save pointy są rozmieszczone dość daleko od bossów, więc w przypadku porażki zawsze schodzi minuta lub dwie na ponownie dojście (największa wada dla mnie). Kiedy giniemy to tracimy pernametnie walutę na rzecz źródełka z mapą (walutę można natomiast przerobić na kryształy, które zachowujemy w razie porażki). Ataki Mio w powietrzu robią zamach, przy których bohaterka blokuje się na sekundę, więc łatwo wtedy oberwać od przeciwnika (więcej przez to atakowałem z parteru). W trakcie rozgrywki zwiększamy liczbę punktów zdrowia, ale jako że Serce statku słabnie, to Mio również traci na stałe punkty zdrowia (np. w trakcie rozgrywki miałem maks. 7 punktów, ale realnie maks. były 3). Zdobywamy też modyfikacje dla bohaterki, ale ilość slotów jest tak bardzo ograniczona, że zawsze czegoś brakuje. W pewnych miejscach mamy Celeste-platforming, czyli skuj się 50 razy, żeby nauczyć się etapu na pamięć. Gra ma pewne ułatwiacze w opcjach (sam nie używałem), ale niewątpliwie MIO: Memories in Orbit jest tytułem dla graczy wymiatających w platformówki. Dodając do tego powolny początek, to próg wejścia jest wysoki, ale jak już go przekroczyłem, to gra mnie wciągnęła do końca.
Wraz z ulepszeniami gra staje się płynniejsza i przez to przyjemna. Jest dalej trudna, ale zyskujemy większą kontrolę. Jest w niej dużo poukrywanych znajdziek, które fajnie mi się odkrywało. Bossowie i ich areny są ciekawie zaprojektowani. Czasami kombinowałem przy setupie Mio, ponieważ układy areny bossa uniemożliwiały wykorzystanie pełnego potencjału Mio. Fabuła jest mega. Spodobało mi się to, jak twórcom udało się stworzyć ciekawy świat gry, opakować jego zasady po różnych kątach i to, że napotkane roboty i Perły zachowywali się jak ludzie, wyrażali przeróżne pozytywne i smutne emocje w związku z misją statku (np. „gdybym miał łzy, zapłakałbym za nimi”). Miłym dodatkiem jest polska wersja językowa. Styl zdań co prawda mógłby być nieco lepszy, ale nie było tragedii. Poza tym gra jest tak skonstruowana, że można ją przejść w 15h, ale oprócz tego jest jeszcze post-game na kolejne 15h, w którym są do zobaczenia nowe sektory i nowe wątki fabuły, które doprowadzają do innej konkluzji.
Obok lore’u, walk i eksploracji, mocną stroną gry jest jej warstwa audiowizualna. Gameplayowo gramy w 2D, ale widoki są zrobione w 3D. Widać było napracowanko po ilości detali w tle, a i sama gra momentami wyglądała tak, jakby jej obraz był malowany na bieżąco. Fajny efekt. Natomiast muzyka jest FENOMENALNA. Jest to elektronika stylizowna na lata 70/80, czyli można w niej usłyszeć typowe dla tamtego okresu brzmienie syntezatora i basu, któremu towarzyszą damskie wokalizy. Całość tworzy fantastyczny klimat. Utwory eksploracyjne są melancholijne, chillowe albo tajemnicze. Mimo pewnej prostoty, łatwo zapadały mi w pamięci (do jednego z nich dzwoniło Machinarium). Z kolei bitewniaki to jest festiwal bangerów z bardziej agresywnymi syntezatorami, wokalizami i dodatkiem perkusji (każdy boss ma swój motyw, a do jednego z utworów chyba dzwonił Kavinsky).
Moja opinia o MIO: Memories in Orbit? To nie jest gra dla wszystkich, ale dla miłośników przegrywania, aby na końcu wygrać, będzie Magicznie Intrygującą Odyseją. Mocne rozpoczęcie 2026 roku dla mnie.




Muzyka do gry MIO: Memories in Orbit:
The Spine ♫ Mel’s Lair ♫ Asma’s Ballad ♫ Dwellings ♫ Surrounded ♫ Icy Memories ♫ Egis ♫ The Frozen Path ♫ Acat ♫ Acat ♫ Haven ♫ Crow ♫ Metropolis ♫ Very Dangerous Red Plants ♫ Calderon ♫ Foundations ♫ Finding Samsk ♫ Atmos ♫ Nabuu ♫ Toumtoum ♫ Canopy ♫ Tubes ♫ The Chase ♫ Labytube ♫ The Factory ♫ Vlad ♫ Vessel’s Depths ♫ The Ultimate Weapon ♫ Sol & Vin ♫ The Keeper ♫ Where You Come to Die ♫ Pearl: The Heart ♫